sobota, 12 listopada 2011

Cuda



 








Matematyka.
Przetrwać w unikach!
Zachować układ bez zmiany!
Chronić starocie!
Utopić w błocie
to, co najbardziej kochamy.

Garb niemożności
przeciw polskości.
Jesteśmy teraz Unici!
Władza jak brzemię.
Drzemie Podziemie.
Urazy leczą rozbici!

Kaski na głowę!
Nadchodzi nowe,
a staroć się nie utrzyma!
Stęka i pęka.
W bankach - udręka,
a na ulicach zadyma.

Ktoś pewnie liczy,
że to przećwiczył
i znowu jakoś się uda.
Nie ma wygranych.
Popieraj zmiany!
Codziennie oglądasz cuda!

piątek, 11 listopada 2011

Matka



 









Błąkasz się jak ta sierota.
Na ulicach protestujesz.

Oszukana wciąż się miotasz
i  przyjaciół poszukujesz.
Drwią z Ciebie obcy szydercy
kiedy wracasz od mogiły,
a Ty ze ściśniętym sercem
zbierasz w sobie resztki siły,
by wykrzyczeć - Jestem matką!
Tak nie można moje dzieci!
Nie pójdzie wam ze mną gładko!
Nie dam zepchnąć się gdzieś w śmieci!

Kazali Ci się uśmiechać.
Przypiąć sobie kotyliony.
Milczeć, albo stąd wyjechać,
lecz rachunek nie skończony!
Ma się kto za Tobą ująć -
zabiedzoną, poszarpaną.
Jeszcze sprzeciw nasz poczują
ci, co służą obcym panom.
Młodzi nigdy się nie zgodzą
na to Matki poniżenie!

Ty, co nad Nią pałę wznosisz
na żadne tu przebaczenie
nie licz łachu marnotrawny -
moczygębo wyrodzony!
Wobec innych tak układny,
tak potulny, uniżony,
a Tę, co cię wykarmiła
własną ręką chcesz pognębić?!!!
Cierpliwość już się skończyła!
Dorósł Ten, kto cię przepędzi!

Na Konstytucji


 













 Będą poprawiać po Piłsudskim -
tyle, że tym razem bez niego.
Już po swojemu w zgodzie z ruskim.
Obowiązkowo bez Dmowskiego.

Bez legionistów. Po heglowsku
i kiedy trzeba - monachijsku.
Wciąż zacierają ślad po wojsku
i straszą kagańcem na pysku.

Po marksistowsku i masońsku.
Z Paryża przez Berlin po Ural.
W każdym bądź razie nie po polsku!
Już słychać ich radosne urraa...a...


Na Konstytucji tłum ściśnięty
tych, którzy nigdy się nie zgodzą.
Pod krzyżem, obrazami świętych,
a legioniści mu przewodzą.

Wszyscy nazwani faszystami
przez ściągnięte zewsząd lewactwo.
Z obu stron słychać - "Chodźcie z nami!"
Zjechali powstrzymać "prostactwo".

Policja chroni berlińczyków,
bo by ich tutaj rozdeptano,
a mają czynić wiele krzyku
by w mediach sprzeciw usłyszano.

Kotylionowi przeciw orłom,
są jak ta czapa - przeciw głowie,
a kłamstwo ze swą mocną mordą
zagłuszyć chce co ludność powie.

A ludzie mówią obecnością.
Marsz się wylewa przez kordony.
Jest narodowy. Kipi złością.
Jest polski i nieujarzmiony!

Wracają dawne Listopady.
Polska na nowo się uciera.
Choć znowu wygrały układy,
fala oporu ciągle wzbiera.

Myśleli, że nie ma prawicy.
Że jest rozbita, podzielona.
Dziś widać Polskę na ulicy!
Tę, która nie chce być czerwona! 

czwartek, 10 listopada 2011

Eurocyrk



 








Trudno uwierzyć, że wszystko leży.
Że nic nie było tu jak należy.
Każdy się martwi - Skąd wziąć?  Jak przeżyć?
Przyjechał Eurocyrk!

Poprzebierano naszych żołnierzy.
Puścili w niebo dym kanonierzy.
Premier poprawił sobie kołnierzyk.
Przyjechał Eurocyrk!

Wieńce złożyli wszyscy liderzy.
Prezydent zęby w uśmiechu szczerzy.
Policjant gdzieś się pałą zamierzył.
Przyjechał Eurocyrk!

W mediach aż pieją słowni żonglerzy.
Z kotylionami szpaler młodzieży.
Marsz się na placu z kontrmarszem zderzył.
Przyjechał Eurocyrk!

Były powody. Marsze, obchody
Wiwaty po wielkim krachu.
Zdzicho wraz z Mirkiem cieszą się cyrkiem,
a skrzypek gra im na dachu.

Idę



 







Idę za większością, gdzie wcale iść nie chcę.
Chcę, czy nie chcę - ręce wyciągnięte depczę
tym, którzy upadli - podnieść się nie mogą.
Moi bliscy ze mną, tą nieszczęsną drogą
podążają także - przez los przymuszeni.
W swoim własnym kraju, na Ojczystej Ziemi
pochylać się muszę przed obrzydliwością.
Stało się koszmarem, co było radością.
W krzyki się zmieniło to, co było śpiewem.
Czym się marsz zakończy nikt nie wie. Ja nie wiem.
Moi ulubieńcy zostali bezwolni.
Stoją przy oprawcach o los niespokojni
i liczą, że lepszych czasów doczekają,
a tamci drwią z ludzi i się uśmiechają.
Przyjmują zaszczyty. Obrastają w piórka.
Czy tak ma wyglądać historii powtórka,
kiedy nas karano z donosu - za myśli.
Ludzie protestować i święto czcić wyszli,
lecz nawet im na to dziś nie pozwolono.
"Wyjazd czyni wolnym!" - napis powieszono.
Defilada przeszła. Biskup skropił wieńce.
Płacić nakazano wciąż więcej i więcej.
Ręce opadają, lecz przecież iść trzeba.
Człowiek znaku szuka. Zwraca się do nieba,
lecz niebo tym razem mu nie odpowiada.
Zasnuły je szare chmury listopada.

środa, 9 listopada 2011

Noc Listopadowa



 







Wstały mgły listopadowe dawnych powstań ciszą.
Stoją hufce narodowe. Ostrza się kołyszą
w ścisku niespokojnych myśli nad ofiarą bliską.
Czy nasi rodacy przyszli zrozumieją wszystko?
Po co w Olszynce stoimy czekając na wroga
i czy dla nich też, tak samo wolność będzie droga?

Zimna mgła i wilgoć ciągnie od rozlewisk Narwi.
W drzewach stłoczeni żołnierze. Rozmodleni. Barwni.
Wiedzą, że wróg zęby złamie tutaj  - w Ostrołęce.
Będzie musiał krwią zapłacić i umierać w męce.
I choć sami szeregami staną też przed Panem -
dadzą swoje młode życie za przyszłe - nieznane.

Białe mgły pod Iganiami i pod Stoczkiem cienie
będą zrzucać garb narodu  - nienawistne brzemię,
które wolność chciało zdusić, zamknąć usta prasie,
zakazać tu masonerii, sejm stawiać w impasie,
konstytucję polską znosić, a rządzić ukazem.
Za to poszli do powstania wszyscy młodzi razem.

Mglista noc listopadowa przywołuje duchy.
Nie ma i dzisiaj w narodzie przed obcymi skruchy.
Chłop znów myśli po swojemu. Spiskują masoni.
Rozbiorowych mar, widziadeł nikt stąd nie przegonił.
Tylko szabel naszych szkoda - tej wspaniałej jazdy
i tych orłów nad głowami, którym ciążą gwiazdy.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Ryzykant



 




To była dość solidna giełda
jakich wiele na świecie.
Zachciało mi się i w tę grę grać.
Zacząłem na parkiecie.

Wciąż wywierała na mnie presję.
Nie mogłem jej odmówić.
W niewielką miałem wejść recesję,
a mogłem się zagubić.

Skoczyły nagle notowania.
Byk się mierzył z niedźwiedziem
i przyszły spadki po wahaniach.
Co dalej było? - Nie wiem.

Nie ryzykujesz - wiecznie źle ci.
Inwestować się boisz,
bo wiesz, że wszystko na dół leci,
co dość solidnie stoi.

Lecz gdy znów rośnie euforia -
nie żal poprzednich wpadek.
Przez chwilę znowu chodzisz w gloriach,
choć myślałeś, żeś dziadek.

I nawet jeśli zbankrutujesz,
bo jest dekoniunktura,
to jednak Grekiem się poczujesz
w wewnętrznych awanturach.