Wielki Teatr Kukiełkowy wznowił przedstawienia.
Chcecie żeby małą żabkę w królewicza zmieniać?
Uważajcie! Czarownica to nie jest księżniczka!
Przedsprzedaż się już zaczęła. Wpłacona zaliczka.
Wielki teatr Kukiełkowy przedstawia swe lalki.
Każda umie niebywałe opowiadać bajki.
Ludzie lubią przedstawienia i chcą bajek słuchać.
Choć historia się nie zmienia - dobra będą szukać.
Chcą by czarne było białe. Nie lubią macochy,
a to złe pokrętne małe ma zakończyć fochy.
Iwan musi zostać carem. Czas skończyć z Herodem.
Zakończenie ma być stałe - ślub z mlekiem i miodem.
Teatr Wielki to rozumie. Musi być atrakcja!
Ludzie wkrótce ściągną tłumnie. Wiwat demokracja!

Natolin i Puławianie.
Cywile, dwujkarze
i ten, który na Ekranie
myśli - coś wysmażę.
I ci wszyscy, co za kasę,
albo bez powodu
sprostytuowali prasę
szukając dochodu.
I ty z szafy wyciągnięty,
co już cuchniesz trupem -
bojowniku nieugięty -
Całujcie mnie w dupę!
Myckowaci katolicy.
Kościelni masoni,
którzy za krzyż na ulicy
chcieliście się schronić
i uchodzić za ekspertów,
jak tamci ze stoczni.
Wy - od marszów i koncertów.
Znów usta wyroczni,
Którzyście tu pośmiewisko
zrobili z biskupem.
Odważnie i za to wszystko -
Całujcie mnie w dupę!
Marcowi Poszukiwacze,
Chłopcy Walterowcy,
którzy zawsze chcą inaczej
i kochają obcych,
coście tu poróżowieli
i siedli do stołu
razem z tymi co tu chcieli
gwiaździstych cokołów
i szybciutko powrócili,
by rozdawać zupę.
Bądźcie teraz także mili -
Całujcie mnie w dupę!
Aktywiści, komuniści
dawni dygnitarze,
artyści - propagandyści,
nauk luminarze,
którzy zgarnęliście pulę
do własnych kieszeni
i umieliście koszulę
na pałac zamienić
mając tylko na uwadze
jak wyjść cało z łupem -
Wam to samo dzisiaj radzę -
Całujcie mnie w dupę!
I wy różne chorągiewki -
marny łanie owsa.
Sprzedawczyki i kurewki
którym całkiem obca
jest dziś wszelka przyzwoitość
i pojęcie dobra.
I ty, dla której mam litość,
bo nie jesteś mądra -
naturo moja znad Wisły -
Mój śmiechu przez łzy -
Rób to samo co ci wszyscy -
Całuj mnie i Ty!
Zerwały się wrony z uschniętej gałęzi.
Czy krzyk przerażonych je w mroki przepędził?
Czy piski hamulców co wbiły się w las?
Jest ten do Krakowa. Wsiadajmy już czas.
Jęknęła polana. Rozdarły się drzewa
i uniósł się z ziemi potężny do nieba
lej pyłu, rozpaczy, przestrachu, kurzawy.
No, pa - zadzwoń zaraz! Jest ten do Warszawy.
Chodź tato tu szybko i zobacz co piszą!
W Warszawie, w Przemyślu uderzyło ciszą
tak głuchą jak zdarza się w przerwanym śnie,
a po niej już tylko słychać było - nieeeeee!!!
Głód Midasa w trudnych czasach
stał się dokuczliwy.
Ozłoconym ciężko hasać.
Łatwiej sprawiedliwym.
Tyle blasku ile zechce
Midas może mieć,
ale chyba jakiś pech chce,
że tyra jak cieć.
Nie ma przecież o co walczyć
skoro wszędzie złoto,
a przecież miało nie starczyć.
Tak się starał o to.
Tak stąd wszystko wyprowadzał,
żeby nie ozłocić.
Ktoś mu chyba źle doradzał.
Pazerni idioci!
Gdy tak dobrze, czemu nagle
stało się tragicznie?
Bo bez przerwy złote mnożyć
już niepolitycznie!
Runą wieże Babilonu.
Nikt już nic nie kupi.
Braknie targów i ukłonów.
Lichwa ludzi złupi.
Nikt nie kupi już niczego.
Zabraknie bisioru.
Zbliża się gorszy od złego -
czas wojen i sporów.
Barbarzyńca spali ogniem
wiszące ogrody.
Wiatr rozniesie snu pochodnie
na inne narody.
Wszystko co jest zapisane
wypełnić się musi.
Proroctwo było wam znane,
lecz byliście głusi!
Oszukani, porzuceni, nieugięci!
Opluwani, poniżeni i wyklęci!
Pozbawieni swoich domów, swojej ziemi!
Poszli walczyć, żeby zginąć, albo zmienić!
Lecz ich los dawno sprzedano potajemnie,
razem z tymi wrzuconymi w obcą ziemię,
razem z całą konspiracją i narodem -
oddał aneks podpisany mimochodem.
Ich zasługi przekreślono polityką.
I oddano ich kupionym najemnikom,
żeby zwłoki najlepszych obrońców
rozrzucili pohańbione gdzieś na słońcu.
A to słońce nazwano zwycięstwem,
a karłami - to co było męstwem!
I rozsiano kości ofiar różnych nacji
na pożywkę powojennych demokracji.
Dzień Zwycięstwa?
Czy Dzień Fałszu, lub Dzień Zdrady?
Podły układ świętują parady!
A my wciąż szukamy grobów tych wyklętych!
Nieugiętych, rozstrzelanych - Naszych Świętych!
Nikt nie wzlatywał tak wysoko
jak Ty Nasz Orle nad Orłami!
Inni poszczycić się nie mogą
tak wielkim Duchem niezłamanym.
Poszedłeś do samego piekła,
by piekłu gardłem wyrwać trzewia.
Dopadła Ciebie zemsta wściekła,
lecz potrafiłeś jej się nie bać!
Żołnierzy takich świat nie widział!
O takim męstwie nie słyszano!
Rotmistrzu! Masz do Świętych przydział!
Miejsce: Mokotów. Termin: Rano.
Już tam Hryckowian i Badecki
starannie wybierają kulę,
a prezydent - agent sowiecki
każe ją jeszcze zatruć bólem.
Trucizna ta i w nas została.
I poraziła pokolenia.
Zbrodnia przed karą się schowała
w naszych umysłach i sumieniach.
Panie Rotmistrzu! Larum grają!
Oślepła znowu Europa!
Nasi do dzisiaj ukrywają
gdzie Twoje serce kat zakopał.
Serca takiego - Pileckiego
Tak bardzo dzisiaj nam potrzeba.
I Ducha tak niepokornego,
żeby wymusił chociaż - Przebacz!